wtorek, 4 marca 2014

One Shot "Odzyskana Miłość" xReitukix

Szedłem spokojnie późną nocą z dyskoteki z moim kolegą, z roku, na uniwersytecie muzycznym i plastycznym zarazem. No cóż, trzeba się odchamić i to ostro! A szczególnie po ostrym zapieprzu przed sesją. Na pustych i opustoszałych ulicach Tokio szliśmy we dwoje, no szczerze teraz to tylko ja, ponieważ Kouyou poszedł już do domu. Szedłem spokojnie w krótkich, obcisłych szortach, a paseczkami do nich miałem na kokardce zakolanówki. Szedłem w szpilkach, a górna garderoba to był gorset i bolerko. Byłem ostro umalowany i słyszałem jakieś dudnienie silników motorów, nie wiem ile było, znów są pewnie te głupie wyścigi. Wielu się zatrzymywało przy mnie i pytało ile biorę za noc, za loda, za chuj wie co. Ignorując to, poprzez zarzucanie grzywką, wszedłem na przejście dla pierwszych i nagle jeden praktycznie mi przed oczami przejechał, myślałem, że zawału dostanę, czy coś! Ruszyłem dalej, trzęsąc się, ten gościu zawrócił i coś do mnie mówił, a chuj z nim. Zdjął kask i chciał nawet za mną biec, ale nie zwracałem na to uwagi. Poszedłem do swojego mieszkanka, gdzie od razu wziąłem gorącą kąpiel i do łóżka. Była 5:45, czyli mam jeszcze dwie godziny snu i trzeba wstać na wykład! No kurwa! Eh, już nigdy po sesji na dyskę. Usnąłem, ale może dla mnie to była chwila, ale zadzwonił budzik tym upierdliwym głosem „Kochanie, meow, czas wstawać. Tygrysie!”, nienawidzę mojego przyjaciela, Kouyou! Jak ja się mogę z takim idiotą zadawać! On to na złość ustawił. Wyłączyłem to gówno i podniosłem się. Ubrałem rurki oraz najzwyklejszą koszulkę z napisem „Tokio”. Ubrałem glany, umalowany i uczesany wyszedłem z torbą na ramieniu, gdzie był zeszyt A4 i rozmaite ołówki wraz z długopisem. Poszedłem do mojego garażu na dole i pojechałem na rowerze tam z powodu pięknej pogody, a nie mam blisko na uniwerek. Kij, ze śniadaniem. Skręcałem powoli na następną uliczkę i ktoś prosto jebnął we mnie, spojrzałem już po fakcie, był to ten sam gościu co wczoraj na motorze, ale dziś był w aucie marki Nissan. Super, mój nowy rower, za 5 moich wypłat, z bycia kelnerem, poszedł się jebać! Szprychy poszły, koło wygięte, siodełko chuj wie gdzie, kierownica też nieciekawa, a ja byłem brudny, posiniaczony i jeszcze mam złamanie otwarte, przez co darłem się w niebo głosy, no boli, kurwa!

W końcu nadjechała karetka wezwana przez jakiegoś przechodnia. Wzięli mnie szybko do karetki i zawieźli do pobliskiego szpitala. Myślałem, ze oszaleje, gdy usłyszałem, że cholernie boli nastawianie, a bez znieczulenia, pewnie zejdę na miejscu! Choć czy może być coś gorszego od złamania otwartego? Tak, jest! Nastawianie kości ze złamania otwartego! No kurwa, zaraz się pochlastam. Jak zobaczyłem igłę, która miała podać znieczulenie to zrobiłem się blady jak ten kitel lekarza, chirurga, czy nie wiem kto to jest, nie znam się. Podali to znieczulenie i po chwili nie czułem bólu, ale dziwne mrowienie w całej ręce, a potem jakby była głazem, nie mogłem nią ruszać. Jak lekarz przystąpił do działa, zwanego teraz nastawianiem tej jebanej, wystającej kości z mojej ręki to padłem w długą, widząc to co on robi z nią.

Obudziło mnie pikanie maszyn. Nie wiem dokładnie ile leżałem bądź spałem, albo kij wie co robiłem, ale ręki nadal nie czułem! Pamiętam tylko urywki z końcowej scenki przed omdleniem. Rozejrzałem się i okazało się to iż znajduję się w sali szpitalnej. Ściany były lekko błękitne, koloru piany morskiej bardziej, a w sali znajdowało się jedno, wielkie, a raczej olbrzymie okno. A przez nie wpadały w wielkich ilościach promienie światła. Ja leżałem natomiast na lewo od tego okna, a koło mojego łóżka, w którym leżałem stała mała półeczka nocna o białym kolorze. Na nim był wazonik z kwiatami tulipana, a one miały bardzo urozmaicone kolory. Fiolet, żółty, niebieski, czerwony oraz wiele innych. Obok przeźroczystego wazoniku z kwiatami leżała mała karteczka, zgięta w pół. Wziąłem ją do ręki zdrową ręką i zacząłem czytać to co tam było napisane „Drogi Chłopcze. Chciałbym Ciebie przeprosić bardzo za szkody, które spowodowałem tym wypadkiem, kwiaty są dla Ciebie. Postaram się zrekompensować wyrządzone szkody. Yuu Shiroyama.”. Odczytałem z karteczki i odłożyłem z głębokim westchnięciem. Na półeczce znajdowały się również różne smakołyki. Batoniki, pomarańcze, banany oooo czekolada! Kocham czekoladę! Dobra gościu znalazłeś mój słaby punkt! Od razu złapałem za tabliczkę mlecznej czekolady, nawet trafił z firmą. Otworzyłem opakowanie, choć za pomocą jednej ręki i zębów było to dość trudne, ale dałem radę. Zacząłem się od razu zajadać połamaną czekoladą, ale czasami udając taką „szlachtę”.
- No milordzie, co sądzisz o tym wyśmienitym dla podmienia smakołyku?
- Ależ on jest wręcz wyborny, mój Drogi! Sama słodycz.
Gadałem sam ze sobą, Tsa. Jestem dziwny, bardzo dziwny, czasem..

Ze szpitala wyszedłem dość szybko, ponieważ poco mają trzymać praktycznie zdrowego człowieka na oddziale, tylko po nastawianiu ręki, kości, kij wie co. Szybko wróciłem do swojego domu, mieszkania, bloku czy tam budynku. Za pomocą klucza wszedłem na klatkę schodową i wyciągnąłem kartę magnetyczną by przejść na dalszą część korytarza. Zawołałem windę i wsiadłem do niej po chwili wciskając guzik z numerem dziewięć. Po chwili z BMX'em wleciał mój sąsiad, i tutaj pojawia się ten moment, kiedy zdajesz sobie sprawę, że to on cię potrącił autem! No ma czarnego nissana, ma Yashimurę, taki motor. No to pięknie. Ignorując dość wysokiego osobnika ubranego w czarne, podarte rurki, za dużą koszulkę z napisem „YOLO”, ciemnozieloną tak samo za dużą bluzą oraz z czapką z daszkiem, z „NY”, która ulizała jego czarne rozczochrane włosy. Boże czy on widzi te końcówki! Takie rozdwojone, a fe! Nie chcąc na niego patrzeć po chwili znalazłem się na swoim piętrze i wszedłem na korytarz.

Chciałem jak najszybciej się uspokoić po tym wszystkim i jakoś się umyć, zaraz jak mam się z tą ręką myć! Bardzo rozmyślając nalałem do dużej miski wodę, bardzo ciepłą wodę i chociaż wymoczyłem sobie stopy, jak na razie, potem przeszliśmy do trudniejszej części misji. Szarpałem się jak głupek, gdy zdejmowałem bluzkę. Wtedy robiłem najróżniejsze akrobacje i gimnastykę. Nawet sąsiedzi zaczęli walić miotłą o sufit, że mam tak głośno odbywać stosunku płciowego z kimś, ja pierdolę! Nigdy nikogo nie miałem, nigdy mnie oni z nikim nie widzieli to z kim miałem bym się ruchać?! Nie wierzę już w nich. Boże, pomódlmy się za idiotów, debili i imbecylów.

Moja kąpiel się skończyła po godzinie, dwóch, nie wiem, ale wiem, że moje mieszkanie zalałem doszczętnie. Jedną ręką jakoś udało mi się to wszystko wysuszyć, właśnie jakoś. Moje panele! Moje bardzo biedne panele. Eh. Po tym wszystkim naciągnąłem bokserki na tyłek i jakąś koszulkę delikatnie nałożyłem na siebie. Bardzo delikatnie. Gasząc telewizor i zamykając okno balkonowe udałem się do oliwkowego pomieszczenia, gdzie znajdowała się trzydrzwiowa szafa, łóżko na środku, a w kącie stało biurko z laptopem, gitara i regał na książki. Z niego wyciągnąłem jedną ciekawą książkę detektywistyczną i położyłem się na moim łóżku obok mojego kochanego psa, Korona. Nawet nie wiem kiedy moja głowa opada bezwładnie na miękką poduszkę w czarną w białe kropki podszewce.

Obudziło mnie pukanie do drzwi. Przetarłem senne oczy i starłem z kącika ust trochę śliny, nie ma to jak się ślinić! Pukanie nie ustawało więc podniosłem się i wręcz zaczynałem przeklinać tą usztywnioną rękę i ubrałem puchate kapciuchy. Udałem się po chwili do moich drzwi wejściowych, gdzie za nimi znajdował się ktoś, kto chciał się do mnie skutecznie dobić. W myślach miałem różne propozycje kto to może być. Może policją, która została nasłana przez moich kochanych sąsiadów, że niby za głośno odbywam stosunek seksualny, którego nie odbywam, ponieważ nie mam z kim, a pies się nie liczy! Nie jestem zoofilem. Choć i o to mnie podejrzewali. Tak, Takanori Matsumoto jest zoofilem, nie wiem kurwa gdzie! To, że jestem dla mojego Koronak jak mamusia to nic nie oznacza! Wcale. Choć jeszcze mogła być to przemiła staruszka z drugiej klatki co przynosi mi zawszę zapas ramenu, pączki i ciasteczka czekoladowe. Przemiła kobieta. Jednakże nie sądziłem, że tam ujrzę mojego znienawidzonego sąsiada, Yuu.
- Hej, Takanori.
Powiedział, co dziwne był tak szarmancko ubrany, pfff.
- Cześć, coś chcesz? Już wystarczająco dużo zrobiłeś.
Odparłem atakując go.
- Nie, chciałem przeprosić za to, że na ciebie wjechałem, ano, odkupiłem ci rower!
Powiedział ucieszony dając mi wspomnianą rzecz.
- Dziękuje, nic się nie stało, idź już.
Potraktowałem go praktycznie z góry i zamknąłem drzwi jak odszedł.
Po tym wszystkim chciałem odpocząć i w końcu to wszystko ogarnąć. Usiadłem na kanapie wieczorem, było dość cicho, co mnie cieszyło. Zapaliłem małą lampeczkę w rogu pokoju i wziąłem do ręki zdjęcie z ławy. Na tym zdjęciu byłem ja z moim kochanym Akim, ale niestety jakiś delikatnie mówiąc chuj, wjechał w niego na motorze, jak ten wracał z pracy. Zresztą także na motorze. Miał piękną Yashimure, czarną. Kupiłem mu ją na dwudzieste siódme urodziny. Z zeznań tego gościa co go zepchnął to na zakręcie zajechał mu drogę, a on nie mogąc wyhamować wypadł za barierkę i zaczął spadać na skalistym urwisku. Motor wybuchnął w trakcie co sprawiło, że jego ciało zostało odrzucone i zwęglone. Pamiętam jak się ze mną żegnał. Pracował w Hokkaido by dorobić na nasze wakacje. Odłożyłem zdjęcie i gapiłem się w nie, nawet nie wiedząc kiedy usnąłem.

Był jak zwykle piękny piątkowy poranek, ale jednak wiedziałem, że to będzie nasz ostatni wspólny poranek na dłuższy czas. Aki miał wyjechać do Hokkaido, do pracy. Podniosłem się wcześnie rano, była szósta, a on o dwunastej wyjeżdża na swojej Yoshimurze, którą mu kupiłem za zarobione pieniądze w restauracji mojego wujaszka Naokiego. Zamyślony zszedłem po schodkach na parter, w końcu mieszkaliśmy u niego, w domku jednorodzinnym. Był bardzo piękny i urządzony w starojapońskim stylu. To mi się najbardziej podobało w tym. Poszedłem do kuchni w celu zrobienia śniadania dla niego. Przyrządziłem jego ulubione jajka sadzone na tostach ze szczypiorkiem. Tosty nie mogły być ani za brązowe, ani za żółte od masła. Tak, on był bardzo, ale to bardzo wybredny. Jak tylko wszystko ładnie urządziłem na srebrnej tacy to zaparzyłem jego kawkę, musi być rozpuszczalna z mlekiem i dwoma łyżeczkami cukru brązowego. Co lepsze mleko musiało być świeże, pół tłuste i w szklanej butelce. Wszystko jeszcze udekorowałem sałatą na talerzu, cytrynką i rzodkiewką. Zaniosłem mu to powoli. Jednak bycie kelnerem się przydaje! Nic nie rozlałem z kawy. Odłożyłem tacę na biurko obok i usiadłem na łóżku.
- Aki, Aki kochanie. Wstajemy, śniadanko przyszło.
No była godzina dziewiąta. Mój śpioszek.
- Akiś, kociaku bo cię zgwałcę.
Zagroziłem mu, a ten się uśmiechnął perwersyjnie.
- Uh ty! Wstawaj no.
Mruknąłem i w końcu położyłem mu to śniadanie na kolanach, a ten widząc jej zawartość aż się uśmiechnął.
Zajadał się z szerokim uśmiechem.
Po tym jak zjadł postanowiliśmy się razem umyć, toteż poszliśmy do pomieszczenia zwanego łazienką. Napuścił dużo ciepłej wody do wanny i rozebrał mnie, a następnie siebie. Uwielbiałem patrzeć na jego nagie ciało. Nagi tors, nagie ramiona. Był taki idealny. Weszliśmy do parującej wody, która natychmiastowo ogrzała nasze organizmy. Wziąłem gąbeczkę w kształcie serca do ręki i namydliłem ją. Położyłem się na brzuchu przednim, a każdy ruch jaki wykonałem graniczył z podrażnieniem jego prącia przy pomocy mojego torsu. Lubiłem słuchać jak mruczy. Delikatnie obmywałem jego doskonale wykreowany tors gąbeczką, a wargami muskałem jego różowiutkie sutki. Pod dotykiem moich warg oraz dłoni, ponieważ mycie mi się znudziło to nie mogłem dopuścić by drugi sutek czuł się samotny! Słuchałem jego cichych westchnień i sapanie mojego imienia. Czułem jak mój ukochany cały się napina i rozluźnia, w zależności od nasilania pieszczot. Usta zastąpiłem drugą dłonią i wspiąłem się do jego malinowych ust. Oparłem go o bok wanny i delektowałem się jego ustami. Nasze ciała ocierały się o siebie. Po chwili oderwałem się od jego ust, tym samym pomiędzy naszymi językami pozostała cienka nitka śliny. Uśmiechnąłem się na to i zszedłem w dół. Przed moją twarzą ujawniła mi się jego dumnie stojąca erekcja. Mój uśmiech się momentalnie poszerzył, ustami zacząłem ją delikatnie muskać oraz szczypać ząbkami. Całowałem dokładnie cały trzon z główką, aby po chwili wziąć go głęboko w usta. Na tą pieszczotę jęknął głośniej, muzyka dla moich uszu.
Co lepsze po niedługim czasie zalał moje usta ciepłą, białą w dużych ilościach cieczą. Wyjąłem go z ust i wziąłem go w rękę poruszając ją w górę i w dół co spowodowało dopełnienie poprzedniego orgazmu, przez co wytrysnął mi na twarz. Sapał, bardzo sapał, ale co zrobi, że ma niewyżyte uke. Uśmiechnąłem się zadziornie i wziąłem na palec spermę z policzka, a po chwili zatopiłem ten sam palec w swoich ustach i poruszałem nim do przodu i do tyłu. Sam nie wiem jak ja jeszcze sam nie doszedłem. Przymknąłem oczy i dokładnie wylizałem jego prącie. Otworzyłem ponownie oczy i spojrzałem na jego twarz. Piękna i zarumieniona. Słodziak! Podniosłem się z jego pomocą, czyli mu mało jest! Wiedziałem. Podniósł moje biodra, a po chwili wbił się we mnie brutalnie na co jęknąłem zadowolony. Kocham tą jego nutkę pikanterii. Siedziałem chwilę na jego biodrach, chcąc się przyzwyczaić, jednak mój ukochany stwierdził inaczej. Oparłem się o jego ramiona, prawie kładąc się na nim, a on podniósł mnie za biodra i zaczął szybko oraz rytmicznie wchodzić. Jęczałem mu wprost do uszka. Obaj byliśmy spoceni, a nasze ciała gorące. Woda robiła się chłodna, przez co ochładzała nasze zgrzane ciała.
- Ach, Akira! Tutaj!
Krzyknąłem zadowolony, gdy wchodził pod różnymi kątami, aż w końcu trafił w ten jedyny, właściwy. Zaczął główką penisa napierać na moją prostatę z coraz to większą siłą, która narastała jak wchodził we mnie. W końcu jego nabrzmiała męskość zadrżała i doprowadziła go do kolejnego orgazmu. Rozlał się we mnie, a ja pobrudziłem nasze brzuchy. Jego biodra opadły na dno wanny, a mój tyłek wraz z nimi. Sapaliśmy cicho
ze zmęczenia.
- Byłeś wspaniały, Akiś. Jak zawszę.
Powiedziałem pomiędzy przerwami na nabranie powietrza do płuc, czyli sapania i musnąłem jego usta.
- Ty też, Kociaku.
Odpowiedział, równie zmęczony i odwzajemnił pocałunek. Głaskał moje plecy. Chwilę tak leżeliśmy, ale z powodu, że woda zrobiła się lodowa oraz nieprzyjemna to wyszliśmy. Ubrałem się jakoś w miarę normalnie, a Aki powoli się szykował, była już jedenasta. Czułem w sercu, że coś się stanie.
- Musisz jechać? Proszę zostań, nie jedź. Wyjazd nie jest najważniejszy! Przecież wiesz, że będę się martwić. Mam dziwne przeczucia.
Próbowałem go jakoś przekonać.
- Kochanie wiesz, że już nie ma odwrotu, muszę jechać. Nic się nie stanie, obiecuję, będę uważał. Jak dojadę to zadzwonię do Ciebie, Skarbie. Będę dzwonić codziennie, obiecuję.
Pocieszył mnie i objął czule, ubierając powoli swoją skórzaną kurtkę. Pocałował mnie we włosy, w nos, policzku, brodę, a na końcu w usta. W usta najdłużej całował, delektując się nimi.
- Obiecaj, że wrócisz szybciej niż zdążę powiedzieć „stół z powyłamywanymi nogami”.
Szepnąłem mając w oczach łzy. Nie chce by jechał, mam głupie przeczucia.
- Obiecuję, zanim się nie obejrzysz to wrócę. Kocham Cię, Takanori.
Odpowiedział, delikatnym i czułym głosem. Pocałował mnie ostatni raz i przytulił ocierając moje łzy. Założył czarny kask i wsiadł na motor. Odpalił go, a ja jeszcze podbiegłem i uchyliłem szybkę od kasku.
- Ja ciebie też kocham, Aki. Wracaj szybko. Jedź z Bogiem.
Wydusiłem z siebie. Nie byłem zbyt religijny, ale czasem trzeba. Zasłoniłem mu znów tą szybką i przytuliłem ostatni raz. Odjechał. Patrzyłem tak za nim, a on jeszcze mi pomachał. Stałem tak, patrząc dopóki nie zniknął mi z horyzontu, a warkot silnika nie przestał docierać do moich uszu. Wróciłem do domu, by móc się spokojnie wypłakać.
Po trzech tygodniach czekając w końcu na jego powrót mojego ukochanego wszystko przygotowywałem. Rozmawiałem z nim rano i mówił, że będzie tak pod wieczór, więc przygotowałem wystawną kolację i coś na pikantną oraz pełną przeżyć noc. Jednak te przygotowania przerwały
mi dźwięki dzwoniącego telefonu. Poszedłem cały w skowronkach do salonu, nucąc skoczną piosenkę z uśmiechem na ustach.
- Hallo? Tutaj Takanori, z kim rozmawiam?
Zapytałem z uśmiechem do słuchawki.
- Tutaj doktor Toshiya Dashi, dzwonię w jednej bardzo ważnej sprawie. W pobliżu Tokio był poważny wypadek i podejrzewamy, że poszkodowany w tym wypadku może być Akira Suzuki, czy może pan przyjechać w sprawie rozpoznania zwłok?
Zapytał doktor, a moje serce momentalnie pękło. Spokojnie Takanori, to na pewno pomyłka. Tak, tak to na pewno pomyłka, pojedziesz i wrócisz, przecież Aki zaraz wróci, prawda?
- Dobrze, zaraz będę.
Lekarz w międzyczasie podał mi adres i pojechałem tam. Wszedłem do kostnicy w zielonkawym fartuchu. Odsłonili ciało, a ja wręcz zacząłem wyć. Ciało było bardzo zwęglone, ale coś błyszczało, był to medalik, medalik Akiry! Dostał go ode mnie.
- T-tak to Akira Suzuki.
Skwitowałem w łzach. Płakałem, wyłem, krzyczałem.
Nie, to nie może być prawda! Nie! Nie zgadzam się!
Otworzyłem oczy z wielkim krzykiem podnosząc się gwałtownie. Znów to wróciło, znów! Ja nie chce, ja już mam dość tego wszystkiego. Psycholog, psychiatra no w końcu mnie do psychiatryka wyślą. Zacząłem nad zwyczajniej płakać w poduszkę. Mam dość, mam po prostu dość. To wszystko mnie wykańcza. Po raz kolejny się musiałem wziąć tuzin moich leków uspakajających. Podniosłem się i ubrałem zwykłe spodnie dresowe, bluzkę i na to kurtkę. Upiąłem Korona wychodząc na dwór z nim. Była ulewa, ale chuj z nią. Musiałem się przejść by w domu nic nie rozjebać na kawałki. Płakałem, płakałem z bólu psychicznego. Koron wiernie szedł koło mojej nogi, on mi został. No może też Kou, ale to tak przelotnie. Dotarłem nawet nie wiem gdzie, ale wszedłem do pierwszego lepszego baru z Koronem. Zapłaciłem za to by pies mógł przebywać w lokalu i usiadłem przy barze. Zamawiałem drink za drinkiem, piwo za piwem, kolejkę za kolejką. Piłem wręcz do zamknięcia baru, potem nogi mi się plątały. Przed oczami nadal miałem widok zwęglonego ciała Akiry, a bynajmniej miałem takie wrażenie, że jego. Ulice były puste, ale to było złudne, gdy ciężarówka oblała mnie wodą z kałuży, a ja wpadłem na jakąś parę. Miło. Opierdolili mnie, a ja nic sobie z tego nie robiąc poszedłem dalej. Było ciemno, a wcześniejsze zdarzenie sprawiło, że troszkę wytrzeźwiałem, minimalnie. Koron szedł już zmęczony, a mi plątały się nogi. Spojrzałem w górę ze łzami.
- Dlaczego Aki? Obiecałeś, obiecałeś, że wrócisz. Obiecałeś.
Szeptałem cicho łkając. Patrzyłem w wielki, błyszczący księżyc
oraz gwiazdy, które migotały na czarnej kurtynie nieba. Zobaczyłem spadającą gwiazdę. Przymknąłem oczy, z których wypływały małe diamenciki, zwane łzami.
- Proszę, chce by Aki żył, wrócił. Po prostu by był.
Wyszeptałem i dotarłem do domu. Jak tylko dotarłem do mieszkania położyłem się na kanapie usypiając. W uszach rozbrzmiało mi nasza ulubiona piosenka „Hallelujah”. Kocham ją. Obudziłem się z nią w uszach, ale było ciemno, a w drzwiach chrobotał zamek. Wystraszyłem się i ponownie szybko położyłem, włamywać? Nie no, ale? Nie, nie możliwe. A może jednak? Ech! Po chwili drzwi ustąpiły, a w nich była wysoka osoba. Była zmoknięta, bo słyszałem jak szeleszczą tej osobie buty jak i kurtka, pewnie skórzana.
Zapalił światło duże, a ja przymknąłem szybko oczy. Podszedł do mnie i pogłaskał mnie całując w czoło, zaraz.... czy on mnie pocałował w czoło? Otworzyłem oczy i tutaj szok! To był Akira!
- Kochanie, wytłumaczę Ci to.
Co on chce mi tłumaczyć, przecież nie zmartwychwstał!
- Aki..
Szepnąłem przez łzy, strzeliłem mu tak w twarz, że sobie popamięta, a potem go pocałowałem namiętnie i czule. Objął mnie i oddał pocałunek.
- Takuś, musiałem po prostu wszystko przemyśleć, ten kto zginął był moim dublerem. I tak to był jakiś gościu co zrobił to dobrowolnie. Przepraszam, ale już jestem. Kocham cię.
- Ja ciebie też kocham. Nie zostawiaj mnie już samego na tak długo.
- Dobrze. Przepraszam Cię.
- Nie masz za co, Kotku.
THE END

sobota, 1 marca 2014

Liebster Award

"Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował."

Przepraszam, że dopiero teraz, ale nie miałam czasu by zaglądnąć do bloga:

1.[P] Kiedy powstał Twój blog?
[O] No jakoś przed świętami Bożego Narodzenia. Nie pamiętam dokładnie daty.

2. [P] Co robisz w wolnym czasie?
[O] Przeważnie siedzę przed laptopem i słucham muzyki.

3.[P] Czego słuchasz?
[O] Praktycznie wszystko co mi się spodoba, ale na pewno jrock oraz rap.

4.[P] Co lubisz czytać?
[O] Pewnie, że Yaoi xD Szczególnie coś puchatego lub do bólu zboczonego, ale niestety tylko paringi The Gazette ; _ ;

5.[P] Do której klasy chodzisz?
[O] Pierwsza gimnazjum. 

6.[P] Co lubisz jeść?
[O] Wszystko co mama mi zrobi XD
 
7. [P] Jak lubisz się ubierać?
[O] Przede wszystkim wygodnie. Jeanse, tunika i bluza.

8.[P] Co daje Ci natchnienie do pisania?
[O] Przeważnie piosenki, różne filmy lub sama z nudów wymyślam.

9.[P] Kto jest twoim aktualnym idolem?
[O] The Gazette oraz KaeN.

10. [P] Masz jakiś fetysz/zboczenie? Opisz.
[O] Nie wiem nawet ; - ; Bardzo lubię jak chłopak nosi rurki. Nie wiem czy można to nazwać fetyszem DX A zboczenie? Bitch pleas, ja jestem cała zboczona, ale tego nie okazuje xD

11.[P] Jakie ff lubisz czytać?
[O] Wybacz, nie rozumiem pytania ; - ;

OneShot "Hallelujah" xReitukix

Witam! Przepraszam za długi czas mojej nie obecności, ale moja wena szybko ucieka ; - ; Jednak dziś tchnęło mnie na "smuta", choć nie wiem czy to można nazwać smutem. No nic, przepraszam za błędy i, że takie krótkie!
 

[Reita]

Był piękny sobotni poranek. Siedziałem spokojnie przed komputerem, jak zwykle od jakiegoś czasu. Zostałem takim typowym „no live”. Jest to od jakiegoś czasu, a mianowicie gdy zakochałem się w pewnej małej, pięknej osóbce, która zwana jest Takanorim bądź Rukim. Nie wiem kiedy to się stało, że zakochałem się w mężczyźnie, zawszę „niby” wolałem kobiety, a może jednak one były tylko zapchaj dziurą, ponieważ serce szukało kogoś wyjątkowego, który wypełni tą niezmierzoną jak kosmos dziurę? Możliwe. Wstałem w końcu od komputera i zacząłem się sam siebie okłamywać. Wziąłem telefon oraz portfel. W progu nikt mnie nie żegna, choć jeszcze sprzed miesiąca, stała tam moja matula. Wychodzę na dwór ubrany, pocieram skroń i słyszę ciche nucenie „Hallelujah”. Wsiadam do auta i odpalam je, odjeżdżając. Jadę powoli, przepisowo. To nie jest do mnie podobne. Nigdy, ja Akira Suzuki, gościu co wszyscy z drogówki Tokijskiej znają i jest kolekcjonerem punktów karnych i mandatów. Nie raz się śmialiśmy, że moje wypłaty z wytwórni na mandaty i naprawę auta. Z rozmyśleń nad tymi pięknymi latami wyrywa mnie klakson innego auta, ruszam i skręcam kilka przecznic dalej, zatrzymuję auto, wyciągam czekoladki i kwiaty z bagażnika. Mieszka na parterze i ma dość duże okna. Byłem zdziwiony, że ma żaluzje odsłonięte. Spoglądam z uśmiechem, widząc jego piękną, blond czuprynkę. Jednak ten uśmiech znika, gdy podchodzę bliżej. Nie był sam, obejmował go Yuu, mój „rywal”. Moje serce pękło na miliard kawałków. Odchodzę zdołowany tym i wywalam kwiaty oraz czekoladki do pobliskiego, mieszczańskiego śmietnika. Zdołowany tą sytuacją, zostawiam zamknięte auto przy jego bloku i szedłem przed siebie na długi spacer. Nie wiem ile tak spacerowałem. Słońce, które zachodziło i opatulało największe wieżowce, biurowce i drapacze chmur. Stoję na największym, łzy spływają powoli po mich policzkach spadając szybko w dół. Chcę jakiś znak od niego. Jednak on nie nadchodzi. Moje kroki prowadzone są ku krawędzi, w końcu przestaje mieć grunt pod nogami. Zaczynam spadać, a oschła śmierć rozkłada do mnie ramiona. Sam jak na zawołanie rozkładam je również, jakby chcąc się do niej przytulić, tak jak do kochającej matki. Siła ciężkości robi swoje i nabieram prędkości, skórzana kurtka przypomina teraz jakby pelerynę, a włosy robią co chcą. Otwieram tylko na chwilę oczy, po chwili moje ciało niespodziewanie styka się z podłożem. Oczy nadal mam otwarte. Widzę go, który czule obejmuję Yuu, a potem żegnając się z nim podchodzi do mnie, wyciąga do mnie rękę i szepcze do ucha ciche „Hallelujah”. Pulsu brak, a moja dusza staje obok i płacze bezdźwięcznym krzykiem rozpaczy. Wcześniej mu wysłałem SMS o treści: „Drogi Takanori, pewnie i tak nic sobie nie zrobisz w sprawię mojego samobójstwa, ale chcę tylko Ci przekazać, że kocham Cię. Nie ważne co nas dzieli czy kilometry czy śmierć, jak w moim przypadku. Kocham Cię i będę czuwać nad Tobą i Yuu. Przeproś chłopaków ode mnie i fanów. Na zawszę Twój Ue-chan”. Pisząc go płakałem jak głupi, ale cóż. Widziałem swój pogrzeb. Przyjaciół z dawnych szkół, nauczycieli, całą naszą wytwórnię i rzeszę fanów. Takanori płakał jak inni z naszego zespołu, ale wiem, że znajdą nowego, lepszego basistę. Urocze było jak przytulał się do Yuu. Chociaż tak będę się cieszyć z jego szczęścia. Moje ciało w trumnie nie wyglądało zbyt dobrze, było zmasakrowane. No nic. Przy zdjęciu pisało”Najlepszy syn, nie spełniony romantyk, niezwykły basista.”
THE END.

niedziela, 9 lutego 2014

"To chyba był zły pomysł" Cz.IV "Świński kolega. xReituhax

- Nie wiem czy to mogę tak nazwać, ale chyba Cię kocham.
- Ojejku, ja Ciebie też, Aki-chan. Następnym razem jak tak mnie zostawisz to cię utłukę.
- Kolejna osoba co mi grozi.
Zaśmiałem się.

[Ruki]

- Kurwa, zaraz zdechnę.
Powiedziałem wkurzony z wycieńczenia. W trójkę błądziliśmy po tych pomieszczeniach. Byliśmy zmęczeni, głodni i odwodnieni.
- Wiecie, pozostaje picie własnego moczu.
Stwierdził Kai.
- No chyba nie. Wolę zdechnąć, niż pić własne siki.
Stwierdził obrzydzony czarnowłosy.
- Ale nie mamy innego wyboru, a to jest najbezpieczniejsze. Chyba, że wolisz się czegoś nabawić przez tą brudną wodę.
Mówił.
- Spokój! Nikt nie będzie pić sików. A teraz stulcie dziób!
Warknąłem na nich i szliśmy dalej. Mi było strasznie zimno. Miałem dreszcze i czułem, że ktoś nas obserwuje, ale do końca nie wiedziałem kto. Oni nawet na to uwagi nie zwracają. Objąłem sam siebie i szedłem dalej szczękając zębami. Na ścianach pisało co kilka metrów różne przestrogi, takie jak „Uważaj, nie odwracaj się. To tylko złudzenie.”, czy „Obserwuje cię. Nie uciekniesz. Pacz na boki”. I inne takie. Powoli nadzieja, która z początku tryskała ze mnie, uleciała jak woda z kranu. Miałem nagie stopy, a szliśmy po szkle.
- Shit!
Krzyknąłem, gdy znów mi się coś wbiło w stopę.
- Zaraz nie wytrzymam. Yuu masz jakąś szmatę?
Zapytałem przyjaciela. Niestety nie miał nic prócz chusteczek higienicznych. Zdjąłem swoją bluzkę, odkrywając przez to swój tors, którego nie lubię pokazywać i porwałem ów rzecz na mniejsze kawałki, po czym owinąłem poranione stopy. Podniosłem się i już miałem jako taki ochraniacz na stopy bo już szkło nie wbijało mi się w stopy. Szliśmy powoli dalej szukając wyjścia. Zobaczyłem jakieś pomieszczenie. Do moich uszu dobiegł krzyk Yuu oraz
Tanabe, ale co tam robiła świnia?! Odwróciłem się, a ich nie było, a potem ktoś lub coś wbiło mi ostrą rzecz w szyję, tym samym wstrzykując coś. Kątem oka widziałem tylko jakiś ryj świński. Nie ważne. Zrobiło mi się słabo i padłem. Obudziłem się jak by po chwili, dla mnie chwili, ponieważ nie miałem jakiegoś tam kontaktu ze światem realnym. Zauważyłem także budzących się Aoi'a oraz Kai'a. Byliśmy w dziwnych klatkach, a pod nami znajdowała się wielka kadź z wodą, w której ewidentnie była rozcieńczona krew, ale bardziej mnie martwiło co tam robią żarłacze białe! Kurwa, na chuj temu całemu JB rekiny!
- No nieźle.
Szepnąłem i zauważyłem coś do góry. Był otwór. Podniosłem się i wyciągnąłem rękę, ale byłem zbyt niski, więc podskoczyłem. Po kilku próbach udało mi się. Chwyciłem za to i automatycznie pociągnąłem w dół. Nagle kraty, które były moją podłogą otworzyły się i gdyby nie to, że trzymałem to coś, pewnie bym wpadł. Rekiny szybko się zainteresowały moją osobą.
- Em, hej chłopaki. Co tam? Nie zjecie mnie, prawda? Jestem taki chudy i kościsty.
Zaśmiałem się cicho i równocześnie rozpłakałem.
- Zacznij się kołysać, jak się rozbujasz to puść się.
Zalecił Kai. Próbowałem tak zrobić, ale jakiś rekin chwycił mnie za stopę. Krzyknąłem niemiłosiernie. Przypomniały mi się lekcje biologii. Wolną nogą zamachnąłem się i uderzyłem rekina w nos. Po chwili puścił, a ja rozbujałem się. Po chwili upadłem na podłogę.
- Fuck, fuck, fuck!
Krzyczałem z bólu trzymając się za poranioną nogę. Wyjąłem z nogi jego ząb.
-
O My God.
Mruknąłem i myślałem, że zemdleje. Zobaczyłem, że po chwili i oni do mnie dołączyli.
- Ej, Taka. Wszystko okey?
Zapytałem, a coś zaczęło pikać.
- Nie, nie tylko nie to!
Krzyknęli. Wzięli meni na ręce i zamknęliśmy się w ubikacjach. Znów usłyszałem dźwięk tej świni. Co ona nas tak prześladuje? Obudziłem się skuty, a raczej to było tak, że ja i Yuu byliśmy skuci tak, że mogliśmy dosięgnąć tak zwanego parapetu. Tylko Kaia nie mogłem nigdzie dostrzec. Ktoś ściągnął zasłonę i pojawił się również Kai, który był związany i na głowie miał pułapkę na niedźwiedzie. W telewizorku pojawił się ten idiota. Wytłumaczył zasady gry. Dosięgnąłem z Yuu klawiszy parapetu. Patrzyliśmy na nuty, ale jeden błąd i było porażenie prądem. Dopiero teraz zauważyłem, że mamy coś na nogach. Ponownie zaczęliśmy grać i tak w kółko. Za każdym błędem bolało coraz bardziej i bardziej.
- Dobra, teraz albo nigdy.
Sapnąłem do siebie przez knebel i w końcu się o dziwo udało.
Po sali rozniósł się śmiech. Miałem dość i z tej całej wściekłości rozwaliłem ten parapet odnajdując kluczyk. Odpiąłem swój, a Yuu po chwili uczynił to samo.
- Jak tu teraz pomóc Kaiowi.
- No nie wiem, ale nie wygląda to ciekawie.
- A jak ma wyglądać człowiek z pułapką na niedźwiedzia na głowie?
Zapytałem.
- Na dodatek uruchomioną!
Dodałem.
- Zaraz..Uruchomioną?!
Wystraszyłem, podbiegłem do Kaia i zacząłem go uwalniać. Gdzie kluczyk, kluczyk. Zauważyłem coś pod krzesłem.
- Klucz!
Krzyknąłem i zdjąłem mu to z głowy. Boże. Zapisać, nigdy nie słuchać Akiry. Nigdy!
Do pokoju wjechał ten mały sukinsyn. Rzuciłem się na niego, a on się perfidnie śmiał, ale to była niestety kukiełka.
- Kurwa!
Krzyknąłem i rozjebałem tej kukiełce łeb. Szliśmy powoli dalej do następnego pomieszczenia. Gdzie po drugiej stronie zauważyliśmy Akirę oraz Kouyou.
- Ej!
Zacząłem pukać w szybę.
Zauważyli nas. W końcu oni. Rozwaliłem szybę i rzuciłem im się na szyję
- Boże, żyjecie! Nic wam nie jest?!
Pytałem nerwowo.
- Nie, nie mały.
Odpowiedział Akira.
- No w sumie nic.
Dodał Uruha, a do nas dołączyła reszta. Mam już dość tego wszystkiego.
- Jak tylko stąd wyjdziemy to cię osobiście utłukę, Akira!
Zacząłem go opieprzać.

[Uruha]

Czułem się jak by mnie traktor przejechał, ale cieszyłem się, że w końcu powiedziałem Akirze to co tak ciążyło mi na sercu. Miałem powoli dość tego miejsca. Wtuliłem się w Akirę delikatnie. Usłyszeliśmy głosy świni.
- Co tu robi świnia?
Zapytałem, a Ruki, Aoi oraz Kai pociągnęli nas do innego pokoju, gdzie zabarykadowali nas. W tym pomieszcz
eniu znajdowało się wiele trupów. O fuj. Znów on się pojawił.
- Jeju. Jak ja Cię dawno nie widziałem JB.
Warknąłem. W pokoju zaczął ulatniać się jakiś gaz. No nieźle. Spanikowani zaczęliśmy biegać po pokoju aż zobaczyłem jakieś coś. Podszedłem i zacząłem układać zagadkę, która miała w sobie klucz. Gaz powoli zatruwał nasze płuca. W końcu ułożyłem to i wyciągnąłem klucz. Pobiegłem ostatkami sił do drzwi w celu ich otwarcia. Jak tylko wyszliśmy zauważyliśmy świnię, a bynajmniej człowieko świnię. Zrobiło nam się słabo. Zrobiło nam się ciemno przed oczami. Co się dzieje?

[Reita]

Obudziliśmy się w jakimś dziwnym pomieszczeniu. Ja byłem na wolności, a reszta była przywiązana na takiej karuzeli. Gra polegała na tym, że jeden am zginąć. Nie wiedziałem kogo wybrać. Wśród nich był mój bliski przyjaciel, Toshiya.
Wszyscy krzyczeli „ uratuj mnie! Uratuj!”. Pociekły mi łzy.
- JB, ty skurwysynie.
Szepnąłem przez łzy i spomiędzy moich przyjaciół oraz chłopaka, wybrałem Toshiye.
- Przepraszam Toshi.
Szepnąłem przez łzy, a po chwili pukawka strzeliła, a ich wypuściła. Mam dość tego miejsca. Chwilę patrzyłem na ciało mojego przyjaciela i odwróciłem się wtulając w Kou.
Poszedłem za resztą gdzieś. Moją twarz opromieniło jasne słońca. Czy to koniec cierpień? Koniec? A może to złudzenie?

C.D.N


sobota, 8 lutego 2014

"To chyba był zły pomysł." Cz.III "Pułapka, wybór z poświęceniem" xReituhax

- Ej, ziomuś. Może ty znasz drogę do wyjścia?
Zaśmiałem się nerwowo, mówiąc do trupa, leżącego na metalowym stole, przykryty białym prześcieradłem.
- On chyba nie wie. Uh.
[Reita]

Powiedział załamany Yuu.
- Nie rozumiem,wiszą bomby, ale czemu na tych metalowych drzwiach są narysowane różne typy broni!
Zapytał czarnowłosy podchodząc do jednej z nich. Zauważyłem, że jedna z linek od bomb jest przywiązana do klamki.
- Yuu, nie!
Krzyknąłem zanim jeszcze chłopak chwycił za klamkę. To był jakiś podstęp. Wyjąłem zapalniczkę z kieszeni i chodziłem pomiędzy tymi ścianami, szukając czegoś.
- Dlaczego tu są jakieś przewody, dziwne.
Oznajmiłem to co z moich obserwacji zaczęło wynikać.
- To jakaś zagadka, ale pytanie o co mu chodzi.
Mówił Ruki, wciąż będąc przylepionym do Yuu jak rzep. Zobaczyłem jakiś włącznik. Przełożyłem wajchę w dół, ale po chwili pożałowałem tego. Włączył się zegar od wszystkich czterech bomb, które zwisały z sufitu.
- O shit! O shit!
Zacząłem przeklinać na głos. Wszyscy zaczęliśmy panikować szukając tego jebanego bezpiecznika. Zobaczyłem kocioł z zbitym szkłem. Bez zastanowienia włożyłem tam rękę. Szło zaczęło się wbijać w moją rękę, przecinając skórę głęboko. Zacisnąłem mimowolnie zęby tak, że miałem uczucie, ze zaraz się połamią w drobny mak.
- Zostało trzydzieści sekund! Akira pospiesz się!
Krzyczało maleństwo, a ja przyspieszyłem ruchy ręką, ale pożałowałem to. W końcu złapałem to diabelstwo. Wyjąłem rękę jak poparzony.
- O fuck, o fuck. Jak boli!
Krzyknąłem, ale nie zaprzestałem ruchu i pobiegłem do tej głupiej budki, wciskając przedmiot. Zegar stanął na trzech sekundach. Uśmiechnąłem się w duchu, ale po chwili padłem na kolana, a resztki kawałków szkła wypadały z ręki, a krew powoli kapała na brudne kafelki.
- Zdycham, dajcie bandaż!
Sapnąłem przez zęby trzymając zdrową ręką drugą, poranioną. Ruki zdjął swoją cienką bluzę i rozerwał ją, zaczynając opatrywać mi rękę.
- Dzięki, ma...Takanori.
Uśmiechnąłem się delikatnie do niego i go przytuliłem jak skończył.
- Trzeba sobie pomagać, co nie?
Zapytał z delikatnym rozbawieniem.
- Ej chłopaki, patrzcie!
Zawołał nas Yuu i poszliśmy. Z tych świecących na biało przewodów powstał pistolet. Poszedłem zobaczyć co jest namalowane na czerwono na drzwiach od tych chłodziarek, czy jak to się zwie. Maczeta, miecz, nóż, karabin, tasak. Kurde niezłe by były uzbrojenie z tego. O! Jest! Otworzyłem drzwi z malunkiem pistoletu i wyjąłem klucz do następnych drzwi. Otworzyłem je i było jedno pomieszczenie, które było rozwal
one w połowie. Tworząc taką przepaść. Była tylko gruba belka, po której jak mniemam mieliśmy przejść. No nieźle.
- No to kto pierwszy?
Zapytałem, śmiejąc się nerwowo.
- Ja, nie dziękuje. Nie mam zamiaru zostać szaszłykiem.
Szepnął, Taka spoglądając w dół, gdzie były kolce i jak było można zauważyć, ktoś już tam skończył swój żywot i to bardzo marnie.
- Dobra, ja zacznę!
Zaśmiałem się ponownie nerwowo. Ale minę miałem niczym bohater, ta bohater, jasne! Wszedłem powoli na belkę, a ręce rozłożyłem na boki, chcąc balansować. Powoli stawiałem kolejne kroki. Rozważnie próbując balansować swoim ciałem, próbowałem się nie skupiać nad tym co jest pode mną. W połowie jakoś noga mi się zachwiała, a do moich uszu dotarł pisk Ru. O mało co nie spadłem, ale utrzymałem się.
- Ru nie piszcz.
Zaleciłem cicho, będąc zalany potem. Przeszedłem w końcu na drugą stronę. O, yeah!
- Dobra, teraz ty Ruki. Weź ten kij od mopa i chwyć go tak jak ci kaskaderzy w cyrku.
- Ale ja nie jestem kaskaderem z cyrku!
Krzyknął z nie małym strachem w głosie. Ale wykonał zalecenia i wszedł na belkę.
- Patrz się na mnie Ruki, pomyśl o czymś miłym. O! Jak przejdziesz dostaniesz nowe buty, firmówki!
To go nieźle zmobilizowało do roboty i przeszedł szybko do mnie.
- Gdzie są?! Gdzie są buty! Obiecałeś!
Krzyczał ze złością.
- Spokojnie. Jak się stąd wydostaniemy to ci kupię.
Westchnąłem cicho. Mój portfel nieźle ucierpi.
- Dobra, to teraz ja.
Powiedział niepewnie Yuu i wszedł na belkę. Jakoś pod koniec mu się noga wyślizgnęła i prawie spadł. Zdążyłem chwycić go.
- Nie puszczaj!
Krzyknąłem trzymając go tą poraniona ręką. Syknąłem, ale nie przejąłem się bólem, który był spowodowany obciążeniem przez chłopaka, który ważył sześćdziesiąt kilo.
- Puść mnie,
to nic nie da Akira. Czas się pożegnać.
- O czym ty pierdolisz?! Jakie pożegnać?! Nie puszczę, choćbym miał tu zdechnąć!
Krzyknąłem chcąc go wciągnąć na górę. Po chwili i Kai do nas szybko dołączył. Jak on to zrobił? Nie ważne! Teraz ważne jest by Yuu wciągnąć.
- Tanabe, pomóż!
Powiedziałem przez zęby i naprężyłem mięśnie w poranionej ręce by wciągnąć przyjaciele. Nie dam mu tak umrzeć. Myślałem, że mięśnie mi pękną, ale z pomocą Kai'a udało mi się go wciągnąć.
- Nie rób nam już tak, Yuu!
Sapnąłem trzymając się za rękę. Zaczęła jeszcze bardziej krwawić, ale nie ważne.
- Chodźmy dalej. Musimy odnaleźć Uru.
Powiedziałem i poszliśmy dalej. Znów jakieś głupie korytarze. No ja nie wierzę! Szliśmy powoli uważając na każdym kroku. Nagle przede mną pojawił się strumień gorącej pary wodnej.
- Szlag!
Krzyknąłem, gdy para poparzyła moją poranioną rękę. Dobra nie ważne. Para pojawiała się po jakimś czasie więc po kolei przeszliśmy ciemny i wąski korytarz. Do naszych uszu doszły krzyki. Nagle jak się odwróciłem nie było za mną nikogo. No kurwa! Przede mną rozbłysło jasne światło. Pojawiły się dwa pomieszczenia. W jednym znajdowali się moi przyjaciele, a w drugiej dziewczyny z naszej szkoły. Miałem na to kilka sekund by wybrać. Rozglądałem się i wybrałem moich przyjaciół. Serce mnie bolało, że musiałem patrzeć na śmierć tych dziewczyn. Nic one nie zwiniły, a zginęły przez zgniecenie dwóch ścian. Ruki, Aoi oraz Kai wyszli, ale oni teraz musieli sobie jakoś sami poradzić.
- Znajdziemy się potem!
Krzyknąłem do nich i szedłem dalej w celu znalezienia Uru. Niby byliśmy przyjaciółmi, ale jednak w głębi serca, żywiłem do niego głębsze uczucia. Ale nie wiem czy można to nazwać miłością.
Może, ale nie jestem pewny tego uczucia.
Szedłem dalej korytarzami w poszukiwaniu poszlak związanych z Kou, albo z jego obecnością w pobliżu. Zobaczyłem na brudnej podłodze jego bransoletkę, była we krwi. Widziałem, że jestem na dobrej drodze.
- Uru, jeżeli mnie słyszysz, proszę wytrzymaj. Już niedługo
Mówiłem trzymając ją w ręku i schowałem do kieszeni, idąc dalej. Szedłem krętymi korytarzami w poszukiwaniu Uru, ale jednak z każdym kolejnym rozwidleniem traciłem nadzieję na odnalezienie go. Czułem się taki bezradny, a zarazem przygnębiony przez to, że go wtedy zostawiłem bez pomocy. Szedłem tak w rozmyślaniu i usłyszałem krzyki. Były one aż za bardzo zbliżone do krzyków Uru. Nagle we mnie zebrała się cała energia i zacząłem biec w stronę, z których dochodziły odgłosy. To co zobaczyłem myślałem, że padnę na miejscu. Uru był skuty tak, ze wisiał w powietrzu z rozłożonymi nogami i rękami. Na twarzy miał pułapkę na....niedźwiedzie?! O nie! Momentalnie pobiegłem, a po chwili zaliczyłem glebę przez jakąś linkę, która pękła. Nie dobrze. Bardzo nie dobrze. Pułapka zaczęła tykać. Zauważyłem jakiegoś człowieka, który na brzuchu miał napisany znak zapytania. A bok niego była kocioł z kwasem co wywnioskowałem po nalepce. Miałem dwie minuty na to. Rozwiązałem tą poranioną rękę i włożyłem prosto w kwas.
- Kurwa!
Krzyknąłem przez zęby z bólu i szukałem przeklętego skalpela. W końcu po drugiej próbie mi się udało. Moja ręka to było chyba jej wspomnienie. Wziąłem szybko sk
alpel. Zauważyłem w międzyczasie jak ten człowiek się budzi.
- Wybacz, to nic osobistego.
Szepnąłem i
zacząłem wbijać ostrze skalpela w jego brzuch. Gdy dostatecznie mu go rozprułem, a ten wrzeszczał przebierałem mu w wnętrznościach. Rozwijałem jelita, wyrywałem wątrobę, aż znalazłem woreczek. Szybko wyjąłem zawartość, jaką był kluczyk do strzelby, która była dodatkowo przed Uru i więziła klucz do pułapki. Włożyłem klucz i pudełko się otworzyło. Wziąłem klucz, ale coś przygwoździło mi rękę. Zacząłem krzyczeć, ale zacząłem naciskać guziki. W końcu mnie puściło. Zostało 20 sekund! Pobiegłem szybko do Uruhy i włożyłem kluczyk w kłódkę, uwalniając go tym. Pułapka uruchomiła się w powietrzu, uderzając o podłogę.
- Uru.
Szepnąłem i wziąłem coś do rozwalenia tych metalowych kajdan.
- Nie zostawiaj mnie już tak, Akira!
- Obiecuję, że nie zostawię.
- Naprawdę?
- Tak.
- A gdzie Ruki, Aoi i Kai? C-Czy oni?
Zadrżał mu głos.
- Nie, żyją. Niedługo się znajdziemy.
Uspokoiłem go i objąłem delikatnie.
- Wiesz co, Kou?
- Hm?
Szepnął wycieńczony.
- Nie wiem czy to mogę tak nazwać, ale chyba Cię kocham.
- Ojejku, ja Ciebie też, Aki-chan. Następnym razem jak tak mnie zostawisz to cię utłukę.
- Kolejna osoba co mi grozi.
Zaśmiałem się.

piątek, 7 lutego 2014

"To chyba był zły pomysł" Cz.II "Walka z czasem" xReituhax

Z góry przepraszam, że nie betowane. Starałam się pisać w miarę poprawnie. >.<


Ah, nie no. Spoko. Szliśmy dalej. Doszliśmy do pomieszczenia, gdzie było pięć krzeseł, jak by on wiedział, że nas w tej grupie tyle jest. Usiedliśmy, ale żałuję tej decyzji. Coś nas unieruchomiło, a jego twarz pojawiła się na małym telewizorze...
[Uruha]

W telewizorze pojawił się on, JB. Twarz miał białą, a policzki były czerwone, usta sine, sine oczy, których spojrzenie liczyło się z odruchem wymiotnym.
- Macie pięć minut na uratowanie siebie. W każdej z strzykawek jest inna trucizna. Powodzenia, Panowie.
Zaśmiał się złowieszczo, a ekran telewizora zaczął mrowić. Po pomieszczeniu w jakim się znajdowaliśmy rozbrzmiał dzwonek. Każdy z nas poczuł ukłucie w nadgarstki. Zrobiło mi się słabo, zimny pot zaczął spływać po moim czole. Wzrok się rozmazywał, ale nie chciałem się poddać. Zaczęła się gra o życie. Pojawiały się co chwilę nowe kapsułki z czerwoną i niebieską substancją. Każdy z nas z tego co zdążyłem zauważyć wybrał niebieską jako dobrą, niestety to był błąd i strzykawki ponownie zbiły się z nasze nadgarstki, zagłębiając się, coraz bardziej. Mieliśmy chyba minimum trzy szanse. Powoli zaczęło mi się udawać i jako pierwszemu chyba zresztą. Wzrok coraz to bardziej robił się mniej wyraźny, powoli traciłem kontakt ze światem. Zauważyłem ostatnią czerwoną kapsułkę, życie ponownie zaczęło do mnie wracać. Metalowe kajdany puściły moje dłonie, nogi i szyję. Podniosłem się na chwiejących się nogach i podszedłem do Akiry, on dobrze sobie radził, więc skierowałem się do osóbki, która najwięcej panikowała. Tą osóbką był Takanori. Miał już ostatnią szansę, ponieważ krew w kroplówce była na wykończeniu.
- Taka, uspokój się.
Zaleciłem, i zacząłem rozszyfrowywać działanie tej piekielnej maszyny, która więziła mojego znajomego. Okazało się, że każda z tych maszyn miała inne jak by działanie, każdy ruch, który ja wykonywałem był zupełnym przeciwieństwem do tej maszyny. Ostały się dwie kapsułki. Serce biło mi szybciej niż pędzący koń, czy samochód z
kopom [dop.aut. Kopa=60] koniami mechanicznymi. Zależało to od jego życia, zdrowia i chyba ogólnie.
- Dobra, jeszcze tylko trochę, Taka-chan. Dasz radę.
Pocieszyłem, sapiącego chłopaka. Był blady jak trup. Wyglądał jak by miał zaraz wyzionąć ducha.
- Okey, jeszcze tylko by ta kapsułka dobrze poleciała.
Powiedziałem do siebie w myślach i kliknąłem jakiś guzik. Kapsułka leniwie spadała. Wszyscy się już uwolnili. Jakaś maszyna zaczęła mówić przez jakiś radiowęzeł; Do końca zostało: dziesięć, dziewięć....
- No dalej kapsułko, dla wujka Kou. No dalej.
Mówiłem do czerwonej kapsułki, która była w czwartym otworku z sześciu. Ona mi to chyba specjalnie robiła. Kobiecy głos
maszyny odliczał dalej. Zostało pięć sekund. Zostały dwa otworki.
- Nie rób tego mi, nie teraz.
Mówiłem do tej głupie kapsułki, tak gadam z przedmiotem. „Trzy....dwa...jeden..zer...”, serce mi chyba stanęło. Usłyszałem jak kapsułka dotarła.
- Alleluja!
Krzyknąłem szczęśliwy. Serce wróciło do ponownego rytmu. „Zero”, powiedziała maszyna, a Takanori został uwolniony. Przytuliłem go szczęśliwy. Boże, nigdy więcej nie słucham Akiry!
- Dobra, trzeba się stąd uwolnić.
Zabłysnął pomysłowością czarnowłosy Yuu.
- Tylko jak....
Szepnął nieśmiało Taka, tuląc się do mnie wystraszony. On taki jest jak się boi. Uroczy. Dobra, nie ważne.
- Tam jest szyb wentylacyjny.
Wskazałem na kratę na ścianie. Była dość dużych rozmiarów, więc śmiało mogliśmy do niej wejść.
- Ale jak ją ściągniemy?
Zapytał najbardziej sprawny intelektualnie, Tanabe.
- Mam pomysł!
Oznajmiłem, dumny z swojego pomysłu. Wziąłem jedno krzesło i nóż, który noszę przy sobie. Zacząłem odkręcać śrubki, a po chwili zardzewiała krata puściła. Zdjąłem ją delikatnie, ale razem z nią poszedł kawałek tynku, dobra nie ważne.
- Dobra, teraz wchodzić.
Powiedziałem do grupki chłopaków, którzy zainteresowani patrzyli na moje poczynania. Po kolei zaczęliśmy wchodzić do następnego pomieszczenia jakim był ciemny korytarz. Połączenia wentylacyjne rozwidlały się w najróżniejsze strony. Spojrzałem w dół, zauważyłem, że chodzimy po kartach, a raczej czołgamy się. Było widać co się dzieje pod nami, w innym korytarzu. Ludzie biegali w tą i z powrotem jak mrówki. Wybijali się jak kaczki. Krzyczeli „To jeszcze nie koniec gry, on chce nas wykończyć! To dopiero początek!”. Na podłodze z każdym naszym krokiem, obserwowaliśmy powiększające się morza szkarłatnej krwi. Coraz to szybciej powiększały się wały zrobione z trupów, które jeszcze dawały namiastki życia. Nagle zatrzymaliśmy się, bo zobaczyliśmy jak z jednych zabarykadowanych ciałami uczniów z naszej szkoły, wydostaje się jakiś psychopata z rurą. Z ust Taki wyrwał się pisk strachu, ale Yuu szybko mu je zakrył dłonią. Psychopata rozglądał się chwilę. Drżałem, będąc, cały spocony. Każdy z nas tkwił w bezruchu. Kropla potu z mojego czoła zaczęła powolnie spływać po mim nosie, aż skapnęła temu psychopacie na głowę, omijając wszelkie przeszkody rozbryzgania. Spojrzał się on w górę. Znieruchomiałem. Długo patrzył się w górę, jak by szukał. No tak przecież coś mu skapnęło na głowę! A tym czymś był mój pot. Jak w końcu dał sobie spokój, ruszyliśmy dalej. Ostrożnie położyłem na zardzewiałej kracie nogę, a ona momentalnie puściła. Spadłem z hukiem, tym samym zwracając na siebie uwagę, przechodzących chłopaków. Byli cali we krwi z rurami w rękach. W tym momencie wiedziałem, że mam przesrane. W korytarzu było dość ciemno, więc żyłem nadzieją, że mnie nie zauważą. Jednak myliłem się. Podbiegli do mnie i złapali za ramiona, gdzieś taszcząc.
- Ej, zostawcie mnie! Przecież gramy w jednej drużynie, co nie? - Zaśmiałem się nerwowo, a serce mi przyspieszyło. Spojrzałem w górę, ale oni poszli dalej. No świetnie. Tak mnie zostawić!

[Reita]
- To chyba nie był dobry pomysł, żeby go tam zostawiać.
Powiedziałem z lekkimi obawami w głosie. Bóg wie co mu mogą oni zrobić. Mogą pobić, zgwałcić albo.....zabić.
- Spokojnie, uratujemy go, ale teraz nie możemy się zatrzymać.
Akira,zrozum. Wiemy, że to twój przyjaciel, ale no nam też nie jest łatwo.
Mówi tak spokojnie jak by go to nie obchodziło, że oni go tam porwali! Dotarliśmy do nowego pomieszczenia jakim były ubikacje, serio? Eh. Znów był ten telewizorek, a od sufitu wisiały bomby. Nie no świetnie. Ponownie telewizor zaczął mrowić, a potem pojawiła się jego ciągle uśmiechnięta twarz.
- Widzę, że wygraliście pierwszą grę, dużo ich przed wami. Macie straty? Spokojnie dla niego będzie coś specjalnego, ale to potem. Teraz miłej zabawy. Macie minutę na uratowanie się. Powodzenia, dzieciaczki!
Zaśmiał się i zniknął, a bomby się uruchomiły.
Mieliśmy równą minutę.
- Em chłopaki, musimy się sprężać
Powiedziałem widząc jak mamy coraz mniej czasu.
- Patrzcie na drzwi!
Krzyknęło maleństwo zamykając je. Stworzył się pewien kod. Wpisaliśmy go, był poprawny,a ale zegar nadal tykał. Wszystkim lały się zimne poty.
- Bezpiecznik! Potrzebny bezpiecznik!
Oznajmił zdenerwowany tą sytuacją, Tanabe. Zobaczyłem jakąś toaletę z strzykawkami, w której coś błyszczało. Podbiegłem tam natychmiastowo, a w całą rękę do ramienia wbiły się miliony igieł z narkotykami. Na klapie pisało krwistymi literami „Ile wytrzymasz ćpunie?”. Wyjąłem w końcu ten bezpiecznik. Zostało dziesięć sekund. Serce mi podskoczyło. Momentalnie stanąłem przy budce i wcisnąłem ten cholerny bezpiecznik. Ręka napieprzała mnie od igieł, które powoli odpadały od mojej ręki. Zegar stanął, a bomby przestały pikać jak szalone. Żelazne, z korozją drzwi ustąpiły, wypuszczając nas do następnego pomieszczenia. Światło sprawiło, że na chwilę oślepliśmy.
- Co tym razem, pierdolony szaleńcu!
Krzyknął roztrzęsiony Takanori chcąc już się rozpłakać.
- Gdzie jest Kouyou, szmato?! Ile my musimy jeszcze wytrzymać?!
Krzyczał, mając nadzieję, że to coś da.
Jednak nie dawało. Wtulił się ufnie w Yuu, a pewnie gdyby był tu Kou to on by robił mu za misia. Rozpłakał się w najlepsze mając powoli dość. Ma słabą psychikę. Chwilę oglądając tą scenkę, zobaczyłem, że ktoś się zbliża. Złapałem za rurę i jak tylko wbiegł do pomieszczenia, uderzyłem go metalową rurą w głowę, przez co padł jak szpak. Zaczął się podnosić, ale kopnąłem go w twarz z glana. Już się nie podniósł.
- Chodźmy dalej, ale przedtem, niech każdy z nas weźmie coś do obrony. Robi się niebezpiecznie.
Mówiłem podając każdemu coś wytrzymałego i w miarę twardego do obrony. Weszliśmy do hali, która była cała we krwi, znaczy podłoga to było powoli morze. Cały czas jej poziom się podnosił, a drzwi się zamknęły. Ruki zaczął panikować. Jak zwykle.
- Po cholerę ja chciałem tutaj przyjść! Jak przeżyjemy to cię zabije, Akira!
Wrzasnął roztrzęsiony. Zaczęliśmy szukać jakiegoś wyjścia. Było to jak szukanie w stogu siana.
- Chyba musimy poczekać, aż poziom krwi się podniesie. Jedyne wyjście to ten balkon tam.
Wskazałem palcem na balkon, gdzie znajdowały się maszyny do butelkowania.
- Ty chcesz nas zabić czy co!?
Krzyknął przewrażliwiony Ruki.
- To jedyna droga, Taka. Przecież umiesz pływać. A w wodzie, czy we krwi to co za różnica?
Zapytałem.
- Jest, bo to krew?!
- Spokój chłopaki. Damy radę!
Pocieszył nas czarnowłosy. Po chwili poziom krwi znacznie się podniósł. Złapałem się metalowej poręczy i wszedłem na balkon. Byłem cały we krwi, ale to nie było ważne. Po niedługim czasie do mnie dołączyli chłopaki. Krew przyspieszyła, więc weszliśmy do pomieszczenia, które znaleźliśmy, zamykając je dokładnie by krew nie dostała się tu. Kapała ona z nas i naszych ubrań.
- Mam powoli dość.
Oznajmiło nam maleństwo. Mam nadzieję, że niedługo koniec. Ile można. Przed nami była kolejna zagadka. Byliśmy w jakimś krętym korytarzu. Czułem na karku czyjś oddech. Ale nie wiem kogo. Szliśmy powoli wężykiem przez wąski korytarz, który nie posiadał światła. Doszliśmy do kostnicy, nie no świetnie.
- Ej, ziomuś. Może ty znasz drogę do wyjścia?
Zaśmiałem się nerwowo, mówiąc do trupa, leżącego na metalowym stole, przykryty białym prześcieradłem.
- On chyba nie wie. Uh.
C.D.N.

sobota, 25 stycznia 2014

" To chyba był zły pomysł" cz.I "Głupi Pomysł" xReituhax

[Reita]


Dziś chciałem namówić paru moich przyjaciół ze szkoły byśmy poszli do tej starej opuszczonej fabryki. Nie ma za dobrej sławy. Mówią, że przeprowadzano tam chore eksperymenty chemiczne na ludziach, i dlatego wszyscy pracownicy zmarli, a zakład zamknięto. Miejsce to przeraża swoim wyglądem i płynie od niego nie przyjemny swąd chemikali i jakby krwi? Mimo to, to miejsce stało się głównym miejscem schadzek narkomanów, młodzieży i zakochanych par, które chcą poczuć dreszcz emocji.
- Chłopaki! - krzyknąłem podchodząc go grupki moich przyjaciół z klasy: Aoia, czyli idiotę z IQ poniżej IQ kozy, Rukiego, kochanego wkurzonego co chwilę jak kobieta w okresie maleństwa, Uruha, chodząca kaczka oraz Kai. Spojrzeli na mnie w oczekiwaniu na mój krzyk do nich.
- No mów, a nie gapisz się. - powiedział kaczodzioby blondynek.
- No dziś robią imprezkę w tej opuszczonej fabryce na przedmieściach Tokio. Chodźmy! Będzie fajnie. - oznajmiłem z uśmiechem i patrzyłem na nich.
- Oszalałeś? Jak się dyro dowie to po nas! - stwierdził najmądrzejszy z grupy, czyli Kai.
- Przestań, Kai! Pół naszej szkoły tam idzie! - zaśmiałem się.
- Jak coś nam się stanie to ciebie pierwszego jebnę. - Włączyło się maleństwo
Około godziny jedenastej wieczorem znaleźliśmy się pod ów budynkiem. Znajdowało się ono na kompletnym pustkowiu, kompletnym odludziu. Na piaskowych ulicach toczyły się kulki z takich krzaków na wietrze. Właściwie to tylko wiatr tu hulał. Wyglądało jak by tu bomba uderzyła.
- No dobra to wchodzimy. - powiedziałem chwilę się zastanawiając i przy okazji patrząc na wielki budynek, który miał wokół różne maszyny wiertnicze. Czemu w tym zbitym oknie kogoś widziałem? Dobra nie ważne. Wielka, żelazna brama była dobrze zamknięta na cztery z pusty, ale dalej płot kolczasty był przewrócony na pewnym odcinku i udało nam się tam z grupą wejść. Przed wielkimi drzwiami metalowymi stało już wiele ludzi. Czyli jesteśmy nie jedyni tutaj.
[Uruha]
- W coś ty nas wpakował, Reita? - zapytałem i stchórzyłem. No co, nie sądziłem, że to tak wygląda! Po chwili wielkie metalowe drzwi się otworzyły, emm dobra cykam się.- Game over. - szepnąłem w myślach i weszliśmy całą grupą. Ja stałem cały czas przy Akirze. Heh. Weszliśmy na halę, a drzwi same się zamknęły za ostatnim odważny co tu przyszedł. Paru ludzi podbiegło do drzwi i drapało je i kopało z krzykiem. Na drzwiach pisało wielkimi krwistymi literami "Wyjście, to aluzja". Co to ma znaczyć! Wchodząc tu nie wiedzieliśmy chyba na co się narażamy lub w jaką grę się wpakowaliśmy. Po chwili po hali rozniósł się dziwny dźwięk jak by śnieżenia telewizora jak nie złapie kanału. Z dachu wysunął się wielki telewizor, a na nim jakiś gościu. Był nieźle zmasakrowany.
- Witam, jestem JB (dop.aut. Nie chodzi o Justina Biebera XD). Właśnie zaczęliśmy grę. Powodzenia. Przeżyje niewielu, ale podpowiem wam, że szukajcie czegoś do obrony. - mówił zachrypniętym głosem i obraz znów zaczął śnieżyć, czemu mam dziwne poczucie, że to był bardzo głupi pomysł. Ludzie spanikowani zaczęli szukać czegoś do obrony. Ja chwyciłem za metalową rurę, może być. Heh. Mam nadzieję, że nic się nie stanie mi, ani moim przyjaciołom. O boże. Poszliśmy ciemnym korytarzem, gdzie na ścianach było pełno krwi i napisy „Help me.”, „Kill me!” . Ah, nie no. Spoko. Szliśmy dalej. Doszliśmy do pomieszczenia, gdzie było pięć krzeseł, jak by on wiedział, że nas w tej grupie tyle jest. Usiedliśmy, ale żałuję tej decyzji. Coś nas unieruchomiło, a jego twarz pojawiła się na małym telewizorze... C.D.N